1 listopada 2018

Kiedy Wzejdzie Słońce 24. Evelyn Bings: Zaufanie

Evelyn uświadomiła sobie, że jest w ogrodzie obok domu. Rozpoznała niewielkie grządki z różnorodnymi kwiatami, a na ceglanym postumencie przy ogrodzeniu stała fontanna, ale nie leciała z niej woda. Niedaleko znajdowała się otoczona kamieniami mała sadzawka, w której pływały liście lilii. Dostrzegała tam dziewczynkę w białej sukience z niebieską kokardką zawiązaną wokół pasa. Obserwowała, jak mała skakała radośnie z jednego kamienia na drugi, przez co jej związane gumką na samym czubku głowy ciemne włosy podskakiwały razem z nią.
Nagle serce Bings na moment stanęło, gdy spostrzegła koło stawu o parę lat starszego chłopca.
  Zobacz, Brian, skaczę! – powiedziała wesoło dziewczynka.
– Widzę, tylko uważaj, abyś nie wpadła do sadzawki – odezwał się zatroskanym głosem chłopiec...
Uważaj, abyś nie wpadła do sadzawki. Evelyn ponownie usłyszała jego głos, lecz tym razem w swoich myślach. Nie wpadnij do sadzawki, Eve. Uważaj…
Po chwili zdała sobie sprawę, że znajduje się pod wodą. Poczuła w gardle ucisk, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Machała rękoma, aby wydostać się na powierzchnię, lecz niewidzialna siła udaremniała jej wypłynięcie. Znienacka z dna jeziora wyłoniła się nieznana dla niej roślina – zaplątała się w kostki Ślizgonki, szarpiąc nią gwałtownie w dół, a potem wiła się coraz wyżej, osaczając całe jej ciało, oprócz głowy. Evelyn krzyczała, próbując z całych sił wydostać się z piekielnej pułapki, ale nic nie mogła zrobić.
Ustąpiła. Przestała walczyć z żywiołem i pozwoliła, aby woda zabrała ją na dno. Zamknęła powieki, czując, jak traci oddech. Umierała…
– Evelyn, otwórz oczy!
Na dźwięk znajomego głosu posłuchała polecenia.
Roślina już nie pętała jej ciała; wciąż znajdowała się pod taflą jeziora, ale mogła swobodnie oddychać, zupełnie niczym ryba. Bings ujrzała przed sobą nastolatka ubranego w białą koszulę i spodnie, bez butów. Uśmiechnął się do niej pogodnie, a Evelyn poczuła, jak po jej policzkach popłynęły łzy ulgi, że mogła spojrzeć w jego błękitne oczy.
– Brian, to naprawdę ty? – rzekła rozpaczliwie, wzruszając się widokiem dorosłego brata. Wyciągnęła prawą rękę, aby dotknąć dłonią twarz chłopaka, ale jej palce napotkały chłodne powietrze. Był widmem.
– To ja, siostrzyczko – odparł Brian. – Jestem tu dla ciebie.
– Tęsknię za tobą. Tęsknię tak bardzo, że aż boli.
– Jestem tu dla ciebie – powtórzył.  – Jestem, aby cię ostrzec.
– Przed czym?
– Uważaj na naszego ojca.
– Jest tyranem, wiem o tym. Po twojej śmierci traktuje mnie jak rzecz. Bije, zmusza do rzucania złowrogich zaklęć. Boję się, Brian.
– Proszę, posłuchaj mnie, Eve. Nie wiesz o nim wszystkiego.
– Czego nie wiem?
W odpowiedzi chłopak wyciągnął przed siebie prawą rękę, aby dłonią pogładzić policzek siostry. Evelyn poczuła zimno w miejscu, w którym brat ją dotknął. Wzdrygnęła się, na chwilę zamykając oczy.
– Czego nie wiem, braciszku? – powtórzyła raz jeszcze. – Dlaczego mam uważać na ojca?
Brian spojrzał na siostrę uważnie. W jego oczach czaił się smutek.
– Evelyn, on mnie zabił.
– Co? To niemożliwe. To diabelskie sidła… udusiłeś się.
– Zabił mnie, Eve. Zabił własnego syna, a ty to widziałaś.
– Nie! To nie może być prawda! – Bings rozpłakała się. Czuła, jak gorzkie łzy spływały po jej policzkach.
– Pokażę ci – oznajmił stanowczo Brian, po czym dłońmi dotknął ramion siostry.
Evelyn poczuła ucisk na klatce piersiowej, jakby nagle doznała ataku serca. Zamknęła oczy, aby złapać oddech, ale po chwili ból ustąpił. Otworzyła powieki i zdała sobie sprawę, że znajdowała się w swoim domu. Woda zniknęła, podobnie jak i nastoletni Brian, a ona znów była małą dziewczynką. Patrzyła na dziesięcioletniego brata, który klęczał na czarnym dywanie w salonie. Został związany wokół talii grubym sznurem, usta miał zakneblowane szarą taśmą, a po jego policzkach płynęły łzy. Na wprost niego stał Ben Bings, który celował w syna różdżką i spoglądał na niego pogardliwie.
Matka Evelyn stanęła pomiędzy mężem a synem, zasłaniając Briana własnym ciałem.
– Ben, nie! Proszę! – błagała rozpaczliwie. – To nasz syn! Proszę, nie rób tego!
– To już nie jest nasz syn, kobieto! – zawołał złowrogo Bings. – Zejdź mi z drogi! – Zamachnął się i uderzył żonę w twarz.
Po wpływem ciosu Charlotte upadła plecami na ziemię. Evelyn pisnęła głośno, zwracając na siebie uwagę. Podbiegła do matki, aby wziąć ją za rękę.
– Mamusiu, nic ci nie jest?!
– Wszystko dobrze, kochanie – odpowiedziała, kryjąc ból za nikłym uśmiechem, jaki obdarowała sześcioletnią córkę.
Charlotte wzięła małą w objęcia; dziewczynka wtuliła główkę w czarne włosy matki.
– Zabierz stąd Evelyn, ona nie może być świadkiem! – powiedział chłodno pan Bings. – Zabierz ją, do cholery!
Czarownica wstała z ziemi i wzięła córkę na ręce, mimo oporu małej, która chciała zostać ze swoim bratem. Kiedy wychodziły z salonu, Evelyn spostrzegła, jak Brian na nią patrzy; mrugnął do niej trzykrotnie, a ona odwzajemniła gest. Wiedziała, że tym sposobem chciał jej powiedzieć, że ją kocha.
Następnie zobaczyła, jak sznury, którymi związany był Brian, zmieniły się w diabelskie sidła – chwilę potem jednak powróciły one do pierwotnej postaci. Dziewczynka patrzyła, jak z różdżki Bena Bingsa wyłania się zielona poświata, która ugodziła ciało dziesięcioletniego chłopca. Brian padł martwy na ziemię; jego źrenice zastygły, a po policzkach popłynęły ostatnie łzy…
On mnie zabił, a ty to widziałaś, Eve.
Evelyn gwałtownie otworzyła oczy, dysząc ciężko. Rozejrzała się wokoło i zrozumiała, że cały czas leżała w łóżku w dormitorium. Powróciła do rzeczywistości. Oddychała niespokojnie – czuła, jakby serce zaraz miało wydostać się z jej piersi. Zamknęła powieki, aby się uspokoić. To tylko sen, to tylko sen, powtarzała na okrągło w myślach.
Ale czy na pewno?, pomyślała zmartwiona, kiedy dotarło do niej, o czym śniła. Ten koszmar nawiedził ją już trzykrotnie, odkąd znalazła się w tym roku w Hogwarcie, i wydawał jej się tak bardzo realistyczny. Nie wiedziała, co myśleć. Czy rozmowa z bratem mogła okazać się snem na jawie? Że gdzieś w podświadomości Brian starał się jej przekazać wiadomość, jak naprawdę umarł? A co, jeśli Evelyn faktycznie widziała, jak Ben Bings zabijał własnego syna, a potem, żeby niczego nie rozpowiedziała, mężczyzna wczepił do jej mózgu fałszywe wspomnienia o diabelskich sidłach?
Wiedziała, że nie może tego dusić w sobie. Musiała się komuś wyżalić, bo bała się, że może w nieodpowiednim momencie wybuchnąć i wtedy będzie za późno. Spojrzała na stojące naprzeciwko łóżko, na którym spała Naomi. Evelyn uświadomiła sobie, że jej na pewno się nie zwierzy – tak samo Chrisowi. Jedyną osobą, która potrafiła ją zrozumieć, był Scorpius. On jedyny zrozumiałby, przez co musiała przechodzić.
Evelyn nie zdołała już zasnąć, wierciła się z jednego boku na drugi. Kiedy tylko zamykała oczy, wciąż widziała obraz martwego brata. Wstała z łóżka o wpół do szóstej i, żeby nie obudzić współlokatorek, na palcach poszła do łazienki, uprzednio biorąc ze sobą ręcznik, kosmetyczkę oraz szkolny mundurek. Położyła ubrania na blacie obok umywalki. Odkręciła kran i zimną wodą ochlapała twarz, aby zmyć zmęczenie z nieprzespanej nocy, lecz wciąż widziała w lustrze opuchnięte oczy. Rozebrała się i weszła pod prysznic, mając nadzieję, że zimna woda złagodzi jej ból.
Myliła się. Wciąż czuła ucisk w sercu i przez całe dziesięć minut kąpieli jej słone łzy ciurkiem spływały po policzkach razem z wodą. Zakręciła kran i przez chwilę stała nieruchomo, opierając się rękoma o zimne kafelki, aby się uspokoić.
– Weź się w garść, Eve! – powiedziała cicho do siebie, po czym wyszła spod prysznica, zakładając ręcznik. Podeszła do zaparowanego lustra, które przetarła dłonią, i spojrzała z uwagą na swoje odbicie w tafli szkła. – To tylko sen, to tylko sen.
Ręcznikiem wytarła sobie twarz, aby wziąć się za malowanie. Fluidem i pudrem zakryła swoją słabość, a gdy przekonała się, że jej twarz wyglądała w końcu normalnie, nałożyła jeszcze szary cień oraz tusz do rzęs. Potem ubrała na siebie mundurek szkolny i cicho opuściła dormitorium.
Podążyła w stronę Wielkiej Sali. Dostrzegła tam niewiele osób, ale na szczęście zobaczyła Scorpiusa przy stole – zajadał się jajecznicą, jednocześnie czytając książkę.  Ślizgon uważnie śledził jej treść, gdyż nie przejął się, jak kawałek jajka zlatuje mu z widelca na talerz. Evelyn cieszyła się, że obok chłopaka nikt nie siedział. Miała okazję porozmawiać z nim w spokoju.
– Cześć, Scor – przywitała się, siadając obok przyjaciela.
– Cześć, Eve – odparł Malfoy, uśmiechając się do niej pogodnie. Zamknął książkę i schował ją do torby tak szybko, że dziewczyna nie zdążyła zauważyć, co tak ciekawego czytał o siódmej rano. – Dobrze spałaś?
– Niestety nie, miałam zły sen.
– Najlepiej będzie, jak całkowicie o wszystkim zapomnisz, a zrobisz to dzięki tej jajecznicy. – Scorpius pochwalił danie. – Skrzaty przeszły same siebie, bo jest naprawdę wyśmienita. To moja druga dokładka. Nałożyć ci? – zapytał, kiedy sięgał po miskę z jedzeniem.
– Nie, Scor, posłuchaj, sęk w tym, że nie mogę zapomnieć, bo ten koszmar cały czas do mnie powraca i staje się coraz bardziej realistyczny. I nie wiem, co począć. Proszę, wysłuchaj mnie – powiedziała niemal błagalnie, biorąc go za rękę.
Malfoy odłożył miskę z powrotem na stół i spojrzał na przyjaciółkę zatroskany.
– Co ci się śni, Eve?
– Jeden konkretny sen, który pojawia się w kółko…
I Evelyn opowiedziała Scorpiusowi, o czym śniła. Każdy detal, jaki zapamiętała. Starała się trzymać nerwy na wodzy, aby nie okazywać słabości przy wszystkich.
Gdy skończyła, Malfoy po chwili milczenia zapytał:
– Naprawdę sądzisz, że twój ojciec mógłby być do tego zdolny?
– Znasz mojego ojca. Poznałeś go na spotkaniu, które zorganizowali dla nas rodzice. To zimny drań bez serca, sarkastyczny dupek, który ma czelność bić matkę. O sobie nie wspominam.
– Wiem, że nienawidzisz ojca, ale… ja mogę to samo powiedzieć o Lucjuszu. Sam wiesz, jaki z niego skurczybyk, ale nie posądzałbym go o morderstwo, przynajmniej nie teraz.
– Wybacz, Scor, ale twój dziadek to łajdak, który po wyjściu z Azkabanu od razu sięgnął dna i jedyną przyjaciółką, jaką teraz ma, jest Ognista Whisky. Jego pozycja została spalona dawno temu. A mój ojciec? On wciąż gra. Po śmierci dziadka, który zginął podczas Drugiej Bitwy o Hogwart, ojciec przejął jego obowiązki. Ma kontakty w całym Ministerstwie Magii, jak i poza nim. I chodzi dumny jak paw, zarabiając coraz więcej pieniędzy.
– I jeszcze mi powiesz, że to on może stać za tymi atakami na mugolskie miasta?
– Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się to prawdą.
– Eve, ja przecież żartowałem!
– A mi nie jest do śmiechu, Scorpius!
– Dobrze, spokojnie, pomyślmy, może…
– Hej, nie przeszkadzam?
Ich konwersację przerwał Albus, który ni stąd ni zowąd zjawił się przy stole Ślizgonów. Gryfon przyglądał się im tajemniczo – stał wyprostowany, trzymając ręce za plecami.
– Nie, skądże! – uśmiechnęła się Evelyn w stronę kolegi. – Wszystko dobrze, Al? Jakieś wieści o stanie Isabelle? Obudziła się? – zalała Pottera pytaniami.
– Nie, jeszcze się nie obudziła – powiedział smutno chłopak. – Ja w innej sprawie. Mogę się dosiąść?
– Tak, śmiało, siadaj! – powiedział z entuzjazmem Scorpius.
Gdy Albus usiadł naprzeciwko Ślizgonów, wzbudziło to niemałe zainteresowanie wśród nielicznych uczniów Slytherinu. Jedząc, patrzyli na Gryfona jak na wroga, który wtargnął nieproszony na ich teren. Szeptali pogardliwie, co nie umknęło na uwadze Malfoya, który spojrzał na nich krzywo i oznajmił sarkastycznie:
– E, wy tam! Zajmijcie się własnymi sprawami, bo nie ręczę za siebie!
Wielu jeszcze pamiętało, co oznacza nazwisko Malfoy – przynajmniej Scorpius nie pozwalał sobą pomiatać – więc tajemnicze rozmowy od razu ucichły. Uczniowie powrócili do swoich zajęć. Albus podziękował mu za interwencję, choć Evelyn odniosła wrażenie, że Gryfon ani trochę nie przejął się, że był obgadywany.
– Mam do ciebie sprawę, Eve – oznajmił Potter, wyciągając jednocześnie za pazuchy szaty plik kopert. – Mogłabyś je przekazać Astrid? Te listy są od jej ojca.
– Co? Przecież ojciec Astrid siedzi w…?
– Nieważne, skąd je mam – przerwał jej Albus. – Ważne, abyś mogła przekazać je koleżance. Mogę ci zaufać?
Bings spojrzała na Pottera tajemniczo – jego oczy nie mówiły zbyt wiele, bo dostrzegała w nich wiele skrajnych emocji. Jednakże głos Gryfona był zatroskany, więc przeczuwała, że mogło chodzić o coś bardzo ważnego.
– Oczywiście, przekażę – powiedziała twardo Evelyn. – Możesz na mnie liczyć.
~*~
– Jesteś pewna, że złapiesz dzisiaj Astrid w drodze do biblioteki? – zapytała cicho Naomi Evelyn podczas kolacji, aby poza Tivensem i Malfoyem nikt jej nie usłyszał. – Skąd wiesz, że będzie akurat sama?
– Po prostu wiem – rzekła dobitnie Bings, ukradkiem spoglądając na Pucey, która siedziała parę miejsc dalej od nich, uśmiechała się, gdy tylko Sharon coś powiedziała. Po chwili Evelyn dodała: – Znam jej nawyki na wylot. Po kolacji pójdzie od razu do biblioteki. To będzie odpowiedni moment, abym mogła z nią porozmawiać na osobności.
Dobrze znała plan dnia Astrid, gdyż wielokrotnie próbowała sprowadzić dziewczynę na ziemię, aby ta w końcu oprzytomniała i nie zadawała się z Avery. Niestety cały czas Bings ponosiła klęskę, dlatego liczyła, że dzięki listom, które dostała od Albusa, tym razem będzie inaczej. Potter nie powiedział, jakim cudem korespondencja trafiła do jego rąk, ale zdradził, że Adrian Pucey został niesłusznie skazany za morderstwo. Chciał, by Astrid się o tym dowiedziała, bowiem była szansa, że po dziesięciu latach mogła odzyskać ojca. A nie stałoby się tak, jeśli dziewczyna nie nabrałaby pewności, że on wcale o niej nie zapomniał.
– Uwaga, obiekt się przemieszcza – szepnął Chris.
Bings zobaczyła, jak zgodnie z planem Pucey opuszcza „przyjaciółki” i zmierza ku wyjściu. Odczekała chwilę i podążyła za współlokatorką. Przez chwilę miała ją na widoku, ale kiedy na korytarzach zaczęło robić się tłoczno, z trudem umiała utrzymać za Astrid odpowiedni dystans. Wymijała pospiesznie uczniów, nie spuszczając z oczu blond czupryny,
Udało jej się dogonić koleżankę dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed biblioteką
– Astrid, zaczekaj, musimy pogadać! – zawołała, łapiąc ją za przegub.
Evelyn wiedziała, że będzie stawiała opór – była na to przygotowana – dlatego wzmocniła ucisk na Pucey i pociągnęła za sobą, aby zaraz dotrzeć do jednej z pustej klas. Upewniwszy się, że teren jest czysty, zamknęła salę i za pomocą różdżki zablokowała drzwi i rzuciła na pomieszczenie zaklęcie, żeby nikt ich nie podsłuchał.
– Bings, co ty do cholery wyprawiasz?! Nie mam zamiaru po raz kolejny słuchać twoich rad!
– Nie musisz udawać, że mnie nie lubisz, As – uśmiechnęła się przyjaźnie Evelyn. – Możesz w końcu przestać grać i ściągnąć maskę.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – rzekła zmieszana Astrid, krzyżując ręce na piersi.
– Ja wiem, że jak tylko mogę, staram się, abyś w końcu przestała udawać. A ty, jak tylko możesz, ciągle mnie odpychasz. Sytuacja jednak ulegnie zmianie, kiedy dam ci coś, na czym będzie ci zależeć.
Evelyn wyciągnęła z kieszeni spodni koperty. Wyciągnęła je ostrożnie przed siebie, uważnie spoglądając na twarz Astrid – chciała zobaczyć, jak dziewczyna zareaguje.
Pucey utkwiła wzrok na papeterii. Westchnęła głęboko, bowiem rozpoznała pismo ojca. Wyciągnęła ręce przed siebie, ale nieoczekiwanie je cofnęła, jakby koperty były zaczarowane złą magią. Odsunęła się raptownie od Evelyn.
– To niemożliwe! Niby skąd możesz je mieć?! Blefujesz, Bings! – powiedziała rozpaczliwie, pokazując na nią wskazujący palec. – A to już jest naprawdę okrutne z twojej strony!
– Astrid, ja nie żartuję! To są naprawdę listy twojego ojca, pisane przez niego własnoręcznie. Nie wierzysz? Przekonaj się. Otwórz jeden i przeczytaj.
– Nie mogę! – odparła niespokojnie Astrid, z impetem siadając na krześle i na chwilę zamykając oczy. Po chwili spojrzała na współlokatorkę z uwagą i oznajmiła: – Ty to zrób. Wyciągnij ostatni list i przeczytaj mi fragment.
Słysząc propozycję Pucey, Evelyn zamarła – poczuła ucisk w żołądku, przez co na chwilę chwyciła się za brzuch. Kiedy oprzytomniała, zaczerpnęła głęboko powietrza, po czym usiadła obok niej. Wzięła list, na który napisano na środku: Piętnaste urodziny Astrid, a resztę położyła na szkolny stolik.
Bings wyciągnęła z koperty pergamin, odchrząknęła kilka razy i zaczęła czytać:

Wszystkiego najlepszego z okazji piętnastych urodzin! Bardzo żałuję, że nie ma mnie znów przy Tobie. Że kolejne urodziny spędzasz beze mnie…
Mam nadzieję, że któregoś dnia przeczytasz listy, ponieważ moim największym lękiem nie jest fakt spędzenia reszty życia w więzieniu. Boję się, że w nim umrę, nie powiedziawszy ci wcześniej, ile dla mnie znaczysz. Nasze wspólne chwile były najcudowniejszymi w moim życiu. Chcę, żebyś wiedziała, że byłem szczęśliwy, mogąc być twoim ojcem.
Tak potwornie za Tobą tęsknie, Małpeczko. Nie ma dnia, abym…

– STOP! Proszę, nie czytaj już dalej! – przerwała gwałtownie Astrid, odbierając koleżance pergamin.
Do miodowych oczu Pucey napłynęły łzy, bez ostrzeżenia. Żadnych westchnień, szlochów, tylko powódź łez, które spływały po jej policzkach, aż kapały z podbródka. Nie zrobiła nic, żeby wytrzeć twarz, przez co list przesiąknął jej łzami.
Bings natychmiast zareagowała i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę, którą za pomocą zaklęcia oczyściła z własnych łez, po czym podała Astrid. Ta położyła pergamin na stół, po czym otarła twarz, pociągając nosem. Evelyn położyła dłoń na przedramię współlokatorki, chcąc tym gestem dodać jej otuchy.
Minęła chwila, gdy Pucey się uspokoiła całkowicie, po czym oznajmiła:
– Przepraszam cię za moje zachowanie, ale… po prostu… tylko tata nazywał mnie Małpeczką, więc poczułam się, jakbym znów była małą dziewczynką. Nie wiem, skąd masz te listy, ale… teraz wierzę, że są prawdziwe.
Evelyn na chwilę się zamyśliła, szukając odpowiednich słów, aby w końcu przyciągnąć dziewczynę na swoją stronę, a tym samym odciągnąć od wpływu Sharon. Wiedziała, że nie dokona tego, skoro sama żyła pod maską kłamstwa. Jeśli zwierzy się również ze swoich rozterek,  Astrid zapewne jej zaufa. Przynajmniej miała taką nadzieję.
– Gdy miałam sześć lat, straciłam bliską mi osobę – wyznała w końcu, spoglądając z uwagą na współlokatorkę. – Dorośli powiedzieli mi, że Briana zabiły diabelskie sidła, ale ostatnio zaczęłam miewać wyraźne sny, w którym widzę, jak go mordują. Sądzę, że czarodziej odpowiedzialny za jego śmierć wyczyścił mi pamięć, a teraz urywki wspomnień powracają… w snach. Nie mam pojęcia, co robić, As. Pogubiłam się.
Evelyn zakończyła swój krótki wywód, spuszczając głowę i zaczynając z nerwów wyginać palce. Po chwili odważyła się ponownie spojrzeć na koleżankę.
Astrid spoglądała na Bings zagubiona.
– Dlaczego mi to mówisz, Eve?
Bings uśmiechnęła się raptownie, bowiem Pucey po raz pierwszy powiedziała jej po imieniu – i w dodatku w skróconej wersji. Wiedziała, że to dobry znak.
Evelyn wzięła dłoń Astrid w swoją i oznajmiła:
– Chcę, żebyś mi zaufała.
___


Obserwatorzy