3 maja 2018

Kiedy Wzejdzie Słońce 23. Albus Potter: Wizyta w Azkabanie

– Tato, skąd ten pomysł? – Albus oniemiał, słysząc propozycję ojca. Aż mocniej ścisnął bladą dłoń Isabelle. Zorientowawszy się, rozluźnił uścisk.
– Chcę, abyś uświadomił Puceya o jego niewinności – powiedział pewnie Harry. – A wiesz mi, będzie to dla ciebie wyzwanie, bo zaklęcie zapomnienia jest silne.
– I niby to mnie ma się udać do niego dotrzeć? – Spojrzał na rodziciela wnikliwie.
Harry uśmiechnął się do syna i oznajmił:
– Posłuchaj, masz dar dedukowania i skupiasz się na szczegółach, których większość nie dostrzega. Umiesz odczytywać ludzkie zachowania, nie używając legilimencji. Miałem okazję być parę razy świadkiem, jak to robisz, więc wiem, że uda ci się dotrzeć do Adriana. Przekonać go, że odzyska wolność i zobaczy się z córką. Wierzę w ciebie, synu.
Albus przełknął głośno ślinę, aby przetrawić słowa ojca. Zrobiło mu się cieplej na sercu, wiedząc, że on mu ufa. Spojrzał na nieprzytomną Isabelle. Wiedział, że biorąc sprawę Iris Town, robił to tylko i wyłącznie dla jej córki – chciał, aby prawdziwy morderca zapłacił za zbrodnię. Dotychczas jednak nie przyszło mu do głowy, że walczył również o wolność czarodzieja, który został niesłusznie skazany za zabójstwo. Adrian Pucey potrzebował kogoś, kto dałby mu wiarę w odzyskanie wolności. Wiarę, że po dziesięciu latach w końcu zobaczy się z córką…
– W porządku, tato – oznajmił dobitnie Gryfon. – Pójdę z tobą do Azkabanu.
– Cieszę się – uśmiechnął się starszy Potter. – Jutro jest niedziela i nie masz zajęć, więc będę po ciebie o dwunastej i teleportujemy się z gabinetu dyrektorki. Ona o wszystkim wie.
– Jutro? – zdziwił się chłopak, po czym spojrzał ze smutkiem na Isabelle. Nie chciał opuszczać jej łóżka. Pragnął być tutaj, gdy się obudzi.
– Nie martw się o Isabelle. – Harry starał się pocieszyć syna. – Będzie pod dobrą opieką pani Porter oraz Davida i Rose.
Młodszy Potter przytaknął, zgadzając się na jutrzejszy wypad do więzienia, ale zrobił to z bólem serca. Wiedział jednak, że śledztwo również było ważne, bo wiązało się to z szeregiemi napaści, które miały miejsce w ostatnich miesiącach. Robię to dla ciebie, Izzie. Zobaczysz, dokona się sprawiedliwość na twojej matce.
– A jak sytuacja w Hogsmeade? – zapytał po chwili ojca Albus.
– Wioska jest doszczętnie spalona, więc straty są ogromne. Na czas jej odbudowy Ministerstwo ma przydzielić tymczasowe zakwaterowania dla osób, które nie mają gdzie się podziać. I w tym roku zapomnijcie o weekendowych wypadach do Hogsmeade.
Kiedy Harry opuścił skrzydło szpitalne, Gryfon spojrzał na Isabelle. Chłopak dostrzegł, że skóra Town zaczyna przybierać naturalne zabarwienie. Uśmiechnął się, widząc, że dziewczyna się nie poddaje i stara się wydostać z więzów koszmaru.
Wkrótce podeszła do niego pani Porter. Oznajmiła mu, że zbliża się dziesiąta i chłopak musi opuścić pomieszczenie. Albus westchnął głęboko, bowiem nie chciał opuszczać przyjaciółki, ale nie miał wyboru. Wstał z łóżka, pochylił się w stronę Isabelle i delikatnie musnął wargami jej czoło, po czym wyszedł z sali, kierując się w stronę wieży Gryfonów.
~*~
Następnego dnia Albus wraz z ojcem teleportował się z gabinetu profesor McGonagall do Azkabanu. Od czasu zakończenia Drugiej Bitwy o Hogwart z więzienia usunięto dementorów, ale chłopak i tak poczuł ciarki na plecach, kiedy znaleźli się na miejscu.
Teraz skazanych pilnowali strażnicy, ubrani w jasne niebieskie mundury, czarne kapelusze oraz glany przed kolana. Albus zaczął przyglądać się jednemu, który siedział za biurkiem przed wejściem. Po lewej stronie jego munduru zobaczył przyszytą srebrną plakietkę z wygrawerowanymi czarnymi napisami: Damian Fell. Klawisz miał podkrążone szare oczy, jakby od wielu dni w ogóle się nie wysypiał, a jego ubranie pachniało wodą kolońską i chińskim jedzeniem. Kiedy strażnik podał pióro Harry’emu, który miał się wpisać do księgi odwiedzających, chłopak dostrzegł obgryzione paznokcie czarodzieja, a na jego serdecznym palcu ślad po obrączce.
Młody Potter chciał zabrać głos i powiedzieć coś Fellowi, lecz Harry poprowadził syna w stronę czarnej bramki, która miała zaalarmować strażników, gdyby byli poddani złowrogimi zaklęciami. Przeszli jednak test śpiewająco.
Następnie podszedł do nich następny klawisz, który zaprowadził ich do kolejnego pomieszczenia. Tam Albus zobaczył cztery mosiężne drzwi – wygrawerowano na nich duże czarne litery. A i B były naprzeciwko wejścia, C było po lewej stronie, a D po prawej. Każde z nich prowadziły do poszczególnych bloków więziennych.
Albus dowiedział się od ojca, że w gmachu A i B przebywali skazańcy, którzy popełnili niewielkie wykroczenia, jak na przykład wymuszanie okupu, oszustwa finansowe czy kradzieże. W bloku C znajdowali się osobnicy, którzy popełnili zbrodnie drugiego stopnia, a w D czarnoksiężnicy, którzy byli prawdziwym zagrożeniem.
Strażnik zaprowadził ich do drzwi po lewej stronie. W gmachu C znajdowało się pięć pięter, a w każdym skrzydle izolacyjnym mieściły się po dziesięć identycznych cel o niewielkich rozmiarach. Drzwi zostały wykonane z solidnej stali z wąskim otwarciem na tacę z jedzeniem i małym wizjerem dla klawisza.
Weszli do niewielkiej windy. Albus lekko wzdrygnął, kiedy metalowe kraty zamknęły się z impetem tuż przed jego nosem – czuł się, jakby sam został zamknięty w więzieniu, gdyż zaczęły mu się pocić dłonie. Nie lubił ciasnych miejsc od czasu, gdy jako dziecko wpadł do studni, spędzając w niej ponad dwie godziny – miał wtedy osiem lat. Pamiętał, jak strach zawładnął nim tak mocno, że obudziła się w nim niekontrolowana magia i zburzył ściany studni. Od tamtej pory nie mógł pozbyć się owego strachu i nie spodziewał się, że będzie musiał tutaj się z nim zmierzyć. Gdy winda ruszyła do góry, poczuł na ramieniu dłoń ojca, który uśmiechnął się do syna krzepiąco, dodając mu otuchy. Znaleźli się na czwartym piętrze błyskawicznie, ale młody Potter miał wrażenie, jakby świat przez moment zwolnił i przybrał ślimacze tempo. Zamknął oczy, aby uspokoić szybkie bicie serca.
Albus odetchnął z ulgą, gdy znalazł się na otwartej przestrzeni. Wyciągnął z kieszeni spodni chusteczkę i przetarł twarz, pozbywając się potu.
– Wybacz, synu, że musiałeś wejść do ciasnej windy – rzekł ze współczuciem Harry. – Nie miałbyś jedynak wyboru, bo tutaj nie ma schodów i jest blokada teleportacji.
Młody Potter kiwnął jedynie głową na znak, że rozumie.
Pracownik więzienia poprowadził ich do czwartej celi po prawej stronie. Stał tam kolejny klawisz, który, na rozkaz pierwszego, postukał różdżką trzy razy, a za czwartym przytrzymał na dłużej, aby pojawiła się wokół jego dłoni niebieska poświata. Drzwi odblokowały się.
– Masz gości, Pucey – rzekł chłodno do więźnia strażnik.
Harry wszedł do środka jako pierwszy. Albus wziął parę głębokich wdechów i wydechów, po czym odważnym krokiem przekroczył próg celi.
Znów znalazł się w małym pomieszczeniu. Poczuł się niekomfortowo, bo nawet małe okienko u góry nie pomogło chłopakowi okiełznać lęku. Strażnik chciał zamknąć drzwi, aby mogli porozmawiać z więźniem na osobności, ale Albus go powstrzymał. Ten spojrzał zdezorientowany zarówno na Gryfona, jak i Harry’ego .
– Proszę zostawić uchylone – rzekł szef aurorów. – Syn ma klaustrofobię.
Strażnik przytaknął ze zrozumieniem i zostawił otwartą celę.
– Dziękuję – wyszeptał młody Potter do mężczyzny, po czym jego wzrok od razu spoczął na więźniu.
Adrian Pucey uniósł się, siadając na niewielkiej pryczy. Skazaniec miał na sobie szaroniebieską szatę w pionowe paski. Albus spodziewał się, że strażnicy nie karmili więźniów dobrze, sądząc po chudej posturze Puceya – ubranie wisiało na nim jak na wieszaku. Chłopak poczuł w nozdrzach zapach kaszy jaglanej, a na kilkumiesięcznej brodzie więźnia zauważył jej drobinki. Jego czarne przydługie włosy, na których dostrzegł gdzieniegdzie siwe kosmyki, były suche i poplątane, a w miodowych oczach – tak podobnych do Astrid – dostrzegł zagubienie.
– Co cię do mnie sprowadza, Potter? – zapytał jadowicie Pucey. – I dlaczego przyprowadziłeś ze sobą swojego smarkacza?
– Wiesz dobrze, dlaczego tutaj jestem – odparł chłodno Harry. – I nie nazywaj mojego syna smarkaczem, on jest w tym samym wieku co twoja córka.
Adrian spiął się jak struna, kiedy szef aurorów wspomniał o jego dziecku – westchnął głęboko, zamykając na kilka sekund oczy. Albus uświadomił sobie, że Astrid była dla niego słabym punktem. Dobrze wiedzieć, pomyślał zadowolony chłopak.
– Nigdy się nie poddajesz, prawda? – odparł po krótkiej ciszy Pucey. – Nic się nie zmieniłeś, jak zwykle musisz zgrywać bohatera. Nie jesteśmy już w szkole, więc odpuść…
Albus nie miał zamiaru wsłuchiwać się w chłodne wymiany zdań mężczyzn, więc zaczął uważnie przyglądać się pomieszczeniu. Nad pryczą zauważył w rogu zaspane do marmurowej ściany półki; na jednej zobaczył plik dziesięciu kopert, a tuż obok niewielką drewnianą szkatułkę, na której zostały wypalone inicjały: A.P. Na drugiej odnodze drewna dostrzegł ruchome zdjęcie, na którym znajdowała się kobieta o falujących, jasnych włosach oraz orzechowych oczach – obejmowała w pasie dziewczynkę, bardzo do niej podobnej, z wyjątkiem oczu. Obok fotografii stała następna ramka; tym razem przedstawiała ślubne zdjęcie Adriana i jego żony – patrzyli na siebie z uczuciem, stojąc koło wiśniowego drzewa oraz budynku, który przypominał Albusowi japońską architekturę.
Po chwili Harry klepnął syna w ramię. Gryfon oprzytomniał, patrząc na ojca uważnie.
– Możesz zaczynać, Al – oznajmił krótko starszy Potter, który cofnął się, opierając się plecami o ścianę.
Albus kiwnął głową, po czym spojrzał niepewnie na skazanego – zmusił się do krótkiego uśmiechu. Chciał mieć dobry kontakt z Puceyem, dlatego odwrócił się, aby przyjrzeć się białej popękanej umywalce oraz toalecie, szukając przedmiotu, z którego mógłby sobie wyczarować krzesło. Wziął do ręki mały pojemnik ze szczoteczką i pastą do zębów – jego zawartość odłożył na niewielką półkę, która wisiała nad umywalką i postawił pusty kubek na ziemi. Wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem przemienił przedmiot w solidne siedzenie.
– Chcę mieć z panem dobry kontakt wzrokowy, kiedy będziemy rozmawiać – wytłumaczył swoje zachowanie Albus, po czym usiadł na wyczarowanym krześle.
 – Naprawdę, Potter, chcesz, żeby twój dzieciak mnie przesłuchiwał? – zadrwił Pucey, patrząc jadowicie na Harry’ego.
– Przepraszam, ale ja już nie jestem dzieckiem! Mam szesnaście lat! – oburzył się chłopak. – Zresztą, pan będzie piątą osobą, którą będę przesłuchiwał. Pierwsze przesłuchanie dokonałem w wieku czternastu lat.
Zapadła cisza. Bardzo niepokojąca cisza. Albus nie chciał dzielić się swoimi doświadczeniami, nieco się chwaląc, ale nie miał zamiaru siedzieć spokojnie, gdy ktoś nazywał go małolatem, skoro za niecały rok miał osiągnąć pełnoletniość.
– Zacznijmy już – przerwał milczenie Harry, który patrząc aluzyjnie na syna tak, aby w końcu rozpoczął przesłuchanie.
Gryfon nie zobaczył na twarzy ojca złości za to, co przed chwilą powiedział, tylko stał bez ruchu oparty o ścianę, czekając, aż zacznie się rozmowa. Może to cisza przed burzą?, pomyślał przerażony Albus. Może ojciec nie chce niczego po sobie poznać przy więźniu i czeka mnie poważna rozmowa po wizycie w Azkabanie? Na samą myśl zrobiło mu się gorąco i przełknął głośno ślinę. Trzeba było jednak trzymać język za zębami.
Albus potrząsnął gwałtownie głową, skupiając się z powrotem na Puceyu. Spojrzał badawczo w miodowe tęczówki więźnia, a potem raz jeszcze uważnie spojrzał na deski z osobistymi rzeczami Adriana, aby przekonać się, że niczego nie przeoczył. Po chwili ponownie utkwił wzrok na skazańcu i zaczął przesłuchanie:
– Zabił pan Iris Town? – zadał pierwsze pytanie.
– Tak, zabiłem – odpowiedział stanowczo Pucey, ale chłopak zdążył dostrzec, jak jego twarz lekko drgnęła. Wciągnął powietrze do ust, przytrzymał je na dwie sekundy i wypuścił. To świadczyło, że mężczyzna do końca nie był pewny, czy jego słowa są prawdziwe. Zawahał się.
– Interesujące – powiedział z uśmiechem młody Potter, patrząc na więźnia uważnie. – Mówi pan, że zabił, ale gdzieś w głębi duszy zastanawia się pan, dlaczego to zrobił. Mam rację, prawda?
Adrian spojrzał na chłopaka zaintrygowany, a potem szybko spuścił głowę, zamykając jednocześnie oczy. Oddychał płytko, a jego serce nieco przyspieszyło. Zaczął się denerwować.
– Jedno krótkie pytanie: Dlaczego to zrobiłem? – powiedział spokojnie Albus. Zamilkł, a po chwili odezwał się ponownie: – Dlaczego zabiłem, skoro nie znałem Iris Town, nie rozmawiałem z nią często, nigdy nie sprawiła mi przykrości? Dlaczego zabiłem właśnie teraz, kiedy straciłem żonę i chciałem wyjechać z córką do Japonii, aby zacząć nowe życie?
– Skąd ty…? – zawahał się Adrian, po czym spojrzał ukradkiem na Harry’ego.
– I co, nadal uważasz, że mój syn jest zbyt młody na przesłuchania? – Albus usłyszał w głosie ojca sarkazm.
Adrian zignorował kąśliwą uwagę starszego Pottera i spojrzał na chłopaka.
– Skąd ty to wszystko wiesz, dzieciaku?
Albus westchnął głęboko, zamykając na chwilę oczy. Nie lubił, gdy ludzie go to pytali. Z czasem stawało się to dla niego irytujące.
– Ślubne zdjęcie zrobione jest w Japonii, więc domyśliłem się, że miejsce ma dla pana szczególne znaczenie. Po śmierci żony chciał pan zacząć od nowa, zbudować dla córki lepszy świat, bo Anglia zbyt mocno przypominała panu o małżonce. No i zauważyłem, że Astrid zawsze nosi złoty łańcuszek z okrągłym wisiorkiem, na którym widnieje japońska kaligrafia, a ona oznacza… miłość.
Adrian spojrzał na Gryfona smutno. Ukrył twarz w dłonie i westchnął głęboko, chcąc powstrzymać drżenie całego ciała. Wspomnienie o rodzinie spowodowało, że w mężczyźnie obudziły się uczucia, które zamknął na kłódkę dziesięć lat temu. Jeżeli Albus miał do niego dotrzeć, musiał uderzyć w czuły punkt – musiał przypomnieć mu, jak ważna była dla Adriana córka. A on miał przewagę, ponieważ widział Astrid na szkolnych korytarzach. Obserwował jej zachowanie i wiedział, że Ślizgonka nie zachowywała się jak Sharon. Kolegowała się z nią, aby zyskać popularność, ale tak naprawdę w głębi duszy cierpiała.
– Ten łańcuszek należał do Marianne – odezwał się po chwili Pucey. Tym razem Albus w jego głosie nie wyczuł żadnego sarkazmu. Mówił spokojnie, błądząc myślami wokół rodzinny. To dobry znak, pomyślał zadowolony chłopak. – Żona podarowała go Astrid dwa tygodnie przed jej śmiercią, bo wiedziała, że zbliżał się jej koniec. – Po policzku mężczyzny popłynęła pojedyncza łza. – Widziałem, jak w ostatnich dniach życia mojej żony Iris Town opiekowała się nią, więc zachodziłem w głowę, dlaczego podjąłem tak straszną decyzję i postanowiłem ją zabić. Dlaczego ją zabiłem, chłopcze?
– To zła magia, która z panem igra – rzekł pewnie młody Potter, spoglądając uważnie w oczy skazańca. – Ktoś wszczepił do pańskiego umysłu fałszywe wspomnienia, więc niech pan pozwoli sobie pomóc, a zapewniam, że któregoś dnia aurorzy schwytają prawdziwego zabójcę Iris Town. Chyba nie chce pan, żeby Astrid bardziej cierpiała, prawda? – Na wzmiankę o córce Adrian spojrzał na Albusa badawczo. – Ona potrzebuje ojca. Widzę ją, jak chodzi po szkolnych korytarzach uśmiechnięta i pełna energii, ale wiem, że pod tą maską kryje się wiele bólu. Ona nie nienawidzi pana i mógł spokojnie wysłać do niej te listy. – Chłopak wskazał na plik kopert, które leżały na desce. – Jest ich dziesięć, więc wnioskuję, że pisał je pan co roku, zapewne w jej urodziny. Dlaczego nie zostały wysłane? Bał się pan, że Astrid nie będzie chciała znać swojego ojca po tym, jak okrzyknięto go mordercą? Czy to z powodu rodziców pana żony?
Albus zauważył, jak na słowo o teściach twarz Puceya stała się nieruchoma i pozbawiona wszelkich uczuć. Po chwili Adrian odezwał się, a w głosie słychać było rozpacz:
– Wysłałem pierwszy list do Astrid niecałe trzy miesiące po moim skazaniu. Dostałem go z powrotem, w nienaruszonym stanie, z dodatkowym listem od rodziców Marianne, żebym nigdy nie kontaktował się z córką. Uznali, że tak będzie lepiej, dla jej dobra – zaśmiał się drwiąco. – Ale ja się nie poddawałem i wysyłałem listy. Myślałem, że gdy Astrid zacznie szkołę, będzie łatwiej, bo nie będzie miała kontaktu z dziadkami, lecz listy wciąż pozostawały odsyłane, nietknięte. Teściowie postarali się, aby ich wnuczka nie miała kontaktu z ojcem kryminalistą. Zacząłem wierzyć, że mają rację, że tylko jej szkodzę, więc… odpuściłem. Poddałem się. Nigdy jednak nie przestawałem pisać… – urwał, aby wziąć z półki plik kopert. Na policzkach Puceya pojawiły się łzy, które on szybko otarł rękawem szaty. – Opowiedz mi coś o Astrid, chłopcze. – Spojrzał na Albusa zatroskany. – Jaka ona jest?
– Cóż… – wybełkotał Gryfon, marszcząc lewą dłonią brwi, zastanawiając się, od czego zacząć. Po chwili westchnął głęboko i odezwał się, patrząc pewnie na więźnia: – Astrid nadal przypomina pańską małżonkę; ma blond włosy, mały nos, wąskie usta i… ten sam uśmiech. – Na ostatnią wzmiankę młodego Pottera, Pucey uśmiechnął się, zamykając na kilka sekund oczy. – Uwielbia zielarstwo, ma same wybitne z tego przedmiotu, a profesor Longbottom jest wniebowzięty, mając tak zdolną uczennicę – mówił dalej. – Bardzo interesuje się niezwykłymi roślinami i marzy po szkole zostać podróżniczką. Chciałaby zwiedzić każdy zakamarek świata, w szczególności Japonię, bo wie, że to ważne miejsce dla jej rodziców. Nawet po kryjomu uczy się japońskiego.
Albus przerwał na chwilę, aby poszukać w swoich myślach jeszcze jakichś ważnych wiadomości, bo zauważył, że Adrian zatracił się w jego słowach.
– Kontynuuj, proszę – poprosił Pucey, a na jego lewym policzku spłynęła samotna łza.
– Kiedy cierpi, nie pokazuje tego. Jest twarda i inteligentna. Od trzech lat jest jedyną dziewczyną w drużynie quidditcha Ślizgonów, gra na pozycji ścigającego. W tym roku zapisała się do kółka prasowego i pomaga w przygotowaniach na Noc Duchów. No i… gra na fortepianie, ale robi to w tajemnicy przed wszystkimi, bo boi się reakcji koleżanek i dziadków. Trochę też śpiewa.
– Czy ty przypadkiem nie interesujesz się moją córką? – zapytał przenikliwie Adrian. – Tak dużo o niej wiesz?
– Nie – zaprzeczył szybko Albus. – Nie miałem nawet okazji, żeby z nią rozmawiać. Ja po prostu… dużo widzę.
Adrian przytaknął ze zrozumieniem, po czym spuścił wzrok, głaszcząc kciukami wierzch kopert.
– A nie byłby to dla ciebie problem, gdybyś… w jakiś sposób dostarczył jej te listy? – Pucey wyciągnął w stronę chłopaka koperty. – Skoro twierdzisz, że istnieje szansa, abym stąd wyszedł, chciałbym, żeby... Astrid wiedziała, że o niej nie zapomniałem.
Albus przez moment się zawahał, czy wziąć listy, bo nie wiedział, w jaki sposób mógłbym porozmawiać z Astrid. Jednak potem go olśniło – przecież nie musiał nawiązywać z dziewczyną kontaktu.
– Znam dobrze Evelyn Bings, współlokatorkę Astrid, więc… przekażę jej listy, by ta mogła dać je pana córce.
– Dziękuję – rzekł z wdzięcznością Adrian. Przytaknął głową i położył się na pryczy, zamykając oczy. – Idźcie już stąd. Jestem zmęczony, chcę spać.
Harry odepchnął się od ściany i jako pierwszy wyszedł z celi.
Albus miał jeszcze kilkanaście dodatkowych pytań dotyczących śmierci Iris Town, ale powiedział tylko: „Tak mi przykro” i wyszedł za ojcem. Doszedł do wniosku, że niepotrzebnie rozgrzebywałby wspomnienia u Puceya. Po tej rozmowie Gryfon był w stu procentach pewny, że ojciec Astrid został niesłuszne skazany za morderstwo Iris Town. On naprawdę był niewinny.
Kiedy zjechali windą na dół i przeszli ponownie przez bramkę, Albus zatrzymał się na chwilę koło biurka strażnika Damiana i oznajmił krótko:
– Proszę nie tracić jeszcze nadziei, panie Fall. Niech pan walczy o swoje małżeństwo – powiedział pewnie do mężczyzny, który spojrzał na chłopaka zdezorientowany.
– Nie umiałeś się powstrzymać, prawda? – rzekł Harry, kręcąc bezradnie głową.
Albus wzruszył bezradnie ramionami.
Szef aurorów złapał syna za przegub i teleportował ich obok wejścia do Hogwartu. Następnie wyciągnął różdżkę i posłał Patronusa do dyrektorki z wiadomością o powrocie.
– Niedługo ktoś po ciebie przyjdzie – oznajmił, spoglądając jednocześnie na zegarek. – Mamy jeszcze chwilę czasu, aby porozmawiać.
– Jeśli chodzi o ten incydent na początku, to przepraszam – powiedział Albus, patrząc na ojca ze skruchą. – Ale nie podobało mi się, że Pucey nazwał mnie dzieckiem.
  Nie o to chodzi, Al.
– A o co?
– O samego Adriana Puceya. On naprawdę nie zabił Iris, prawda?
– Prawda – potwierdził Albus. – Jego postawa, ton głosu i gesty sugerują, że… to nie on jest zabójcą. Miałeś rację, tato.
Harry zamknął oczy i westchnął bezradnie. Gryfon zdał sobie sprawę, że ojciec ma do siebie wyrzuty sumienia za to, co się stało z Puceyem. Zakończył sprawę koleżanki, pomimo tego, że jego instynkt mówił coś innego.
– Tato, to nie twoja wina, że minister nie dał ci wtedy więcej czasu na udowodnienie niewinności Puceya – rzekł pewnie Albus, łapiąc ojca za ramię.
– Wiem, że chcesz mnie pocieszyć, synu, ale… to nie takie proste. Kiedy zostaniesz aurorem i doświadczysz klęski, zrozumiesz, że tacy jak my rodzimy się, by chronić i służyć. A ci, których mogliśmy ocalić, już nigdy nie dadzą nam spokoju.
Po chwili zza bramy ujrzeli profesora Longbottoma. Przywitał się, po czym otworzył metalowe drzwi zaklęciem, aby wpuścić swojego chrześniaka do środka. Młody Potter zaczął kierować się w stronę szkoły.
– Albusie…
Gdy chłopak usłyszał jeszcze głos ojca, odwrócił się, patrząc na rodziciela z uwagą. Zobaczył na jego twarzy szeroki uśmiech.
– Będziesz w przyszłości naprawdę wyśmienitym aurorem – oznajmił pewnie Harry. – Jestem z ciebie dumny, synu.
___
Z małym poślizgiem, ale w końcu publikuje kolejny rozdział. Muszę przyznać, że ten rozdział należy do moich ulubionych. Poświęciłam na niego sporo czasu i mam nadzieję, że go nie zmarnowałam. Lubię go, bo jest on poświęcony Albusowi w pełnym zakresie. Ukazałam jego zdolności detektywistyczne oraz czego się boi. Dlatego chcę ten rozdział zadedykować wszystkim tym, co czytają opowiadanie. Nie wiem, ilu Was jest... Mam nadzieję, że więcej niż dwie osoby i po prostu jesteście ze mną duchem... Dziękuję Wam za Waszą obecność.

Obserwatorzy